Kiedy byłem mały i pytałem ojca o coś, na co nie znał odpowiedzi, mówił: „a co ja Filipek?”
Nie rozumiałem. Mieszkałem w Ołdrzychowicach Kłodzkich, kopałem piłkę, słyszałem legendy o zaginionym dziecku które podobno wpadło do kanału biegnącego przez wieś. Filipek był dla mnie wtedy tylko słowem. Czymś co dorośli mówili gdy nie chcieli odpowiadać na pytania.
Teraz rozumiem.
Lata później, jako dziennikarz Gazety Wrocławskiej, napisałem tekst o Filipku Fediuku. Zadzwonił telefon. Potem drugi. Potem kolejne. Prawie każdy zaczynał od oczu. Jasnych. Błękitnych. Takich których nie da się opisać inaczej niż przez to co robiły z człowiekiem — jednych uspokajały, innych przerażały, jeszcze innych prześwietlały na wylot. Różne słowa, ten sam obraz.
Wtedy po raz pierwszy poczułem że to jest coś więcej niż lokalna legenda.
Ale tekst napisałem, telefony przestały dzwonić i poszedłem dalej. Filipek został z tyłu głowy. Czekał.
Niedawno znajoma opowiedziała mi swoją historię. Poszła do niego zakochana. Zapytała czy ten chłopak będzie dobrym mężem. Powiedział że będzie. Ale nie jej.
To zdanie wystarczyło. I wtedy wiedziałem, że muszę wrócić.
Przez kilka miesięcy zbierałem relacje. Przychodziły mailami, wiadomościami prywatnymi, przez Facebooka. Od ludzi których nie znam, o ludziach których już nie ma. Każda historia inna. Każda z tego samego miejsca.
Nie wiem czy Filipek Fediuk miał dar. Ale wiem, że ludzie którzy do niego jeździli wychodzili z jednym zdaniem które zostało z nimi na całe życie.
Ta książka jest właśnie o tych zdaniach.