Przejdź do treści
Strona główna » Opowieści » O chłopcu, który kopał piłkę. Droga z Ołdrzychowic Kłodzkich na Stadion Narodowy

O chłopcu, który kopał piłkę. Droga z Ołdrzychowic Kłodzkich na Stadion Narodowy

Kiedy jesienią 2014 roku założyłem Retro Futbol, który skupiał się wyłącznie na historii piłki nożnej, nie spodziewałem się, że będzie to jedna z niewielu rzeczy w moim życiu, z której jestem naprawdę dumny.

I choć dziś nie działam już na portalu, który z dnia na dzień rozwija się coraz bardziej, to ma on szczególne miejsce w moim życiu. To właśnie dzięki niemu trafiłem na Stadion Narodowy w Warszawie.

Ten tekst to historia chłopca, który kopał piłkę o bramy garażu.

Droga z Ołdrzychowic Kłodzkich na Stadion Narodowy

Projekt pod nazwą Retro Futbol powstał z mojej fascynacji do historii piłki nożnej, którą jeszcze mocniej rozbudził kapitalny dziennikarz Stefan Szczepłek swoją książką „Moja historia futbolu”.

Już wtedy miałem mocne aspiracje dziennikarskie. A pisałem jeszcze jako mały chłopiec mieszkający w Ołdrzychowicach Kłodzkich. Mając bodajże osiem lat, napisałem swoją pierwszą „książkę”. Miała ona ponad 60 stron i ulokowana była w świecie Gwiezdnych Wojen. Po dziś pamiętam jeden

z mocniejszych dialogów, jaki wtedy napisałem… A brzmiał on chyba tak: „Luke chodź, idziemy napić się piwa”. Z perspektywy czasu brzmi to dość zabawnie. Próbowałem wtedy grać w piłkę w miejscowym klubie Lech Ołdrzychowice i marzyłem, że zagram kiedyś w reprezentacji Polski i Manchesterze United, czyli ekipie, którą kocham od dziecka. Ot zwykłe marzenie zwykłego chłopca.

Kopałem piłkę o bramy garażu, kiwając owczarka szkockiego o cudnym imieniu Dunaj i w głowie układałem kolejne teksty. Dlatego wielkim zaszczytem była dla mnie propozycja pisania do miesięcznika „Red Zone”, który wydawali kibice Manchesteru United. Miałem wówczas może piętnaście lat. Pisałem tam o archiwalnych meczach.

Tym pierwszym był tekst o katastrofie w Monachium w 1958 roku. Zginęły wówczas 23 osoby, w tym wielu piłkarzy pierwszego zespołu. Swoją drogą historia tamtej drużyny United to świetny przykład na to, jak podnieść się po wielkiej tragedii. Pisząc do „Red Zone” mieszkałem już w Dusznikach-Zdroju, gdzie jako nastolatek przeprowadziłem się po rozwodzie rodziców.

Pierwszy, historyczny numer Red Zone

Miesięcznik Retro Futbol Magazyn

Retro Futbol powstał w 2014 roku. Początkowo był to e-book wydawany raz w miesiącu, do którego dość szybko dołączyli młodzi pasjonaci futbolu. Premierowy numer napisaliśmy wspólnie z Jakubem Budnym i Mariuszem Jaroniem, którzy, podobnie jak ja, nie piszą już dla portalu retrofutbol.pl, który powstał (jeśli mnie pamięć nie myli) miesiąc po premierze pierwszego e-booka.

Niedługo później do składu dołączyli: Patryk Idasiak, Grzegorz Ignatowski i Bartłomiej Matulewicz, czyli ludzie bardzo zasłużeni dla projektu. Zresztą Bartek przejął po mnie stanowisko redaktora naczelnego i dziś odpowiada za rozwój portalu, który w swojej historii miał przyjemność współpracować z wieloma świetnymi dziennikarzami. Każdy z nich przyłożył dużą, wirtualną cegłę do jego rozwoju i każdemu należy się uznanie i szacunek.

Wracając jednak do mnie, to już wtedy określałem Retro Futbol jako moje literackie dziecko. I choć napisałem w życiu wiele tekstów, pisząc do ogólnopolskich czasopism branżowych, portali czy dając wywiady do książek, to właśnie Retro Futbol jest tym, z czego zawodowo jestem najbardziej dumny.

Historia miesięcznika „Retro Futbol Magazyn”, bo właśnie pod taką nazwą wychodził e-book, skończyła się po pięciu numerach, kiedy to w grupie zdecydowaliśmy, że korzystniej będzie przenieść się do pisania wyłącznie na portal retrofutbol.pl. Czy była ona słuszna? Z perspektywy czasu myślę, że e-book był nieco bardziej prestiżowy. Jednak to właśnie portal zaprowadził mnie do miejsca, w którym jestem teraz.

Przegląd Sportowy i telewizje

Praca przy rozwoju projektu była długa, męcząca i zabierała mnóstwo z życia prywatnego. Aż dziw, że moja ówczesna dziewczyna nie zostawiła mnie z laptopem, któremu poświęcałem mnóstwo czasu.

W zasadzie to nie poświęcałem go laptopowi, a ludziom, którzy siedzieli po drugiej stronie.

Założyłem, że teksty na stronie mają pojawiać się codziennie, według wcześniej ustalonego harmonogramu. A każdy tekst napisany przez członka redakcji trzeba było przeczytać, sprawdzić pod kątem redakcyjnym i merytorycznym. Do tego dochodziło jeszcze przygotowanie grafik i zdjęć, co w sumie dawało mnóstwo pochłoniętych godzin. Do tego trzeba doliczyć jeszcze czas, jaki zabierało mi pisanie własnych materiałów.

Musisz wiedzieć, że przygotowanie się do tekstu historycznego, to nie tylko pisanie. To długie godziny czytania źródeł w bibliotekach, na portalach czy książkach. Wyliczyłem kiedyś, że najdłuższy tekst, jaki pisałem, zajął mi czternaście godzin. Błędy zawsze się zdarzają, jednak mój charakter nakazuje mi, aby było ich jak najmniej. Dlatego właśnie każdą informację potwierdzałem w co najmniej dwóch źródłach.

W szczytowym momencie redakcja liczyła ponad 30 osób, z których każdy był prawdziwym fachowcem w swojej dziedzinie. „Na pokładzie” mieliśmy genialnych statystyków piłkarskich, specjalistów od lig zagranicznych i taktyki piłkarskiej. Jestem niesamowicie dumny z tych ludzi, którzy z redakcji Retro Futbol trafili m.in. do Przeglądu Sportowego, telewizji Eleven Sports, Viaplay, Canal Plus, a także wielu innych portali i czasopism.

Oczywiście trafili tam dzięki swojej ciężkiej pracy, jednak godziny spędzone na wspólnych rozmowach i analizach tekstu uczyły nas nawzajem.

Grzegorz Lato i herbata w Mielcu

To właśnie dla Retro Futbol przeprowadziłem swój pierwszy zagraniczny wywiad. Pisałem wówczas tekst o drużynie piłkarskiej z Gibraltaru o nazwie… Manchester United. Było to w 2015 roku. Miałem 25 lat i byłem z siebie dumny, że porozmawiałem z zawodnikiem piłkarskiej ekipy z Gibraltaru. Zainteresowani znajdą ten tekst na pewno właśnie na retrofutbol.pl. Jednak ja chciałem więcej.

To pewnie przez odrzucenie w dzieciństwie, które ukształtowało mój charakter. Zawsze byłem niedostatecznie dobry, niedostatecznie szybki, niedostatecznie mądry. Zostało mi tak do dziś.

I choćbym zdobył mistrzostwo świata w jakiejś dziedzinie, zawsze będzie to dla mnie za mało… Powstał wtedy cykl wywiadów z piłkarzami, który dziś na pewno zrobiłbym lepiej. Słowo “lepiej” towarzyszy mi tak naprawdę na każdym etapie mojego życia…

Wydaje mi się, że już nigdy nie pozbędę się tej chorej żądzy perfekcji. W ramach cyklu wywiadów rozmawiałem z Katarzyną Kiedrzynek (bramkarką reprezentacji Polski i PSG), Grzegorzem Sandomierskim (bramkarz wówczas Zawiszy Bydgoszcz), Tomaszem Drwalem (pierwszy Polak w UFC), Krzysztofem Ignaczakiem (reprezentant Polski w siatkówce), Cezarym Trybańskim (pierwszy Polak w NBA) czy Emilią Ankiewicz (olimpijka z Rio de Janeiro). Większość z tych rozmów jest jeszcze w Internecie, część przepadła w jego meandrach.

I szczerze mówiąc dopiero teraz, kiedy piszę ten tekst, dostrzegam moc tego, co mały kopiący piłkę chłopiec z Ołdrzychowic Kłodzkich kiedyś zrobił. Żałuję tylko odmowy wywiadu ze strony Justyny Kowalczyk, która była wówczas na szczycie, a po latach okazało się, że przeżywała swój wewnętrzny rodzinny dramat.

Najbardziej dumny jestem jednak z wywiadu, jaki przeprowadziłem z Grzegorzem Lato, królem strzelców piłkarskich mistrzostw świata w 1974 roku, członkiem „Orłów Górskiego”, dwukrotnym medalistą mistrzostw świata, a także zdobywcą olimpijskiego złota i srebra.

Początkowo byłem tak zestresowany jego legendą, że nie byłem w stanie wydobyć z siebie słowa. Pan Grzegorz okazał się jednak niezwykle ciepłym, sympatycznym człowiekiem, który zrobił na mnie wrażenie swoją pamięcią (czterdzieści lat po eliminacjach mistrzostw Europy w 1976 roku, pamiętał wszystkie wyniki meczów w grupie).

Umówiliśmy się jeszcze na herbatę w Mielcu, kiedy dowiedział się, że mam rodzinę na Podkarpaciu, jednak do tego spotkania jeszcze nie doszło.

Stadion Narodowy i Andrzej Niemczyk

Kilka miesięcy później, z okazji rocznicy „Cudu na Wembley”, czyli meczu, w którym Polacy zremisowali z Anglią na legendarnym stadionie Wembley 1:1, napisałem tekst o tym wydarzeniu. Awansowali tym samym na mistrzostwa świata w 1974 roku, a resztę tej historii zna zapewne każdy Polak.

Udało mi się namówić wtedy do rozmowy: Andrzeja Strejlaua (wybitny polski trener piłkarski), Jana Tomaszewskiego (bramkarz legenda), Lesława Ćmikiewicza i Kazimierza Kmiecika (członkowie tamtej drużyny). Wszystkie te długie telefoniczne rozmowy pomogły zbudować tekst, który moim zdaniem był jednym z dwóch przełomowych w moim życiu.

Drugim był reportaż z powitania Weroniki Nowakowskiej, dwukrotnej medalistki mistrzostw świata

w biathlonie w naszych rodzinnych Dusznikach-Zdroju. Do dziś pamiętam słowa, które zapisałem,

a które Weronika powiedziała do tłumnie zgromadzonych duszniczan:

“Jestem wciąż zwykłą dziewczyną z sąsiedztwa. Tylko dziewczyną, której spełniły się marzenia.”

Tekst o powitaniu Weroniki był pierwszym, jaki napisałem do Gazety Wrocławskiej, która była moją pracą przez bodajże osiem lat.

To właśnie mniej więcej w tamtym czasie, jako redaktor naczelny Retro Futbol zostałem zaproszony na śniadanie prasowe do jednej na Stadion Narodowy w Warszawie. Jeśli mnie pamięć nie myli, to konferencja zorganizowana została tuż przy wyjściu piłkarzy na murawę boiska. Tam jedyny raz w życiu poczułem charyzmę innej osoby, która biła na odległość.

Tą osobą był Andrzej Niemczyk, nieżyjący już trener siatkarek, który doprowadził je do dwóch mistrzostw Europy. W sali konferencyjnej była premiera jego biografii autorstwa Marka Bobakowskiego. Pan Andrzej wszedł spóźniony, i w chwili, gdy tylko otworzył drzwi, poczułem, że to on jest tutaj szefem. Podszedł później do nas, pytając, czy mamy papierosa. Pamiętam, że czułem się winny, że tego papierosa nie mam.

Książka

Książka „Polskie kluby w europejskich pucharach” powstała dzięki zaangażowaniu członków redakcji Retro Futbol pod przewodnictwem Grzegorza Ignatowskiego. Dziś żałuję, że nie zaangażowałem się w niej bardziej, jednak miałem już wtedy zakaz konkurencji nałożony umową z Polska Press Grupą i po prostu nie mogłem dać więcej temu projektowi. Być może firma nie zdecydowałaby się na nałożenie kary z tego powodu, jednak w grze była duża kwota i nie zamierzałem ryzykować.

Książka wyprzedała się bardzo szybko. Jestem niesamowicie dumny z każdego, kto przyczynił się do jej powstania. Redakcja wykonała wówczas niesamowitą pracę, a jej efekty stoją na półkach kibiców piłkarskich.

Jedna z nich jest także na półce mojego ukochanego chrzestnego. To właśnie wujek Zdzichu i jego syn Marcin „zaszczepili” we mnie miłość do futbolu i całego sportu kiedy byłem dzieckiem. Moi ukochani wujek i kuzyn zabierali mnie na wszystkie mecze koszykarzy i piłkarzy Śląska Wrocław, mecze reprezentacji Polski, zawsze płacąc za wszystko.

Jak w wielu polskich domach, u nas się nie przelewało, a matka samotnie wychowująca dwójkę dzieci miała na głowie inne wydatki, niż finansowanie meczów syna. Moja mama to niesamowita i silna kobieta. To właśnie dzięki jej poświęceniu i trudzie jestem taki, jaki jestem. A wujek Zdzichu ma na półce książkę z dedykacją: „To od Ciebie wszystko się zaczęło…”.

Dzieło wujka kontynuuję z moimi dwoma synami, których zabieram na każdy możliwy rodzaj sportu, jaki chcą obejrzeć na żywo.

Andrzej Szarmach i książki

Praca w Retro Futbol przyniosła mi i całej redakcji współpracę z wieloma wydawnictwami. Zaowocowało to tonami książek, jakie dostawaliśmy do recenzji. Mnie osobiście przyniosło też ciekawe życiowe doświadczenie: zostałem zaproszony do opieki merytorycznej nad książką „Andrzej Szarmach. Diabeł nie anioł”. Miałem sprawdzać, czy fakty, jakie umieścił w niej Andrzej Szarmach (kolejny genialny piłkarz „Orłów Górskiego”) są zgodne z historią. Oczywiście nie ze względu na podejrzenia mataczenia futbolisty, a raczej ze świadomości tego, że pamięć ludzka bywa zawodna.

To właśnie w tamtym czasie współpracowałem w tworzeniu bodajże dziesięciu książek, czytając je, oceniając przed premierą i pisząc tzw. blurby, czyli rekomendację na okładkę. Moje nazwisko znajduje się na okładach książek obok takich tuzów, jak Krzysztof Stanowski czy Michał Pol i z tego też jestem dumny.

A jeśli chodzi o Michała Pola, to nasza znajomość zaowocowała nagraniem filmiku motywacyjnego dla Pogoni Duszniki-Zdrój. Z tego też jestem dumny.

Najbardziej dumny jestem jednak z tego, że moje nazwisko pojawiło się w książce „Mistrzowskie rozmowy. Biało-czerwoni mundialiści” autorstwa Nikodema Chinowskiego. Udzieliłem do niej wywiadu, opowiadając o mistrzostwach świata w 1938 roku, czyli debiutanckim turnieju reprezentacji Polski. To właśnie wtedy Ernest Wilimowski strzelił cztery gole wielkiej Brazylii.

Nieodżałowany Leszek Jarosz w jednym z tekstów próbował udowodnić, że były to trzy gole, jednak ja romantycznie chciałbym wierzyć w tę czwórkę… Nigdy nie udało mi się napisać do magazynu Kopalnia, choć było to moje wielkie marzenie. Widocznie nie jestem dość dobry.

Z Retro Futbol formalnie nigdy nie odszedłem, choć przekazałem dowodzenie Bartłomiejowi Matulewiczowi, który świetnie rozwija ten projekt. Nie pożegnałem się z ekipą, bo ja tam jeszcze wrócę.

Przeczytaj też: Dlaczego Filipek?

Śledź mnie w social mediach

Wejdź głębiej do świata opowieści


Damian Bednarz 2026